To szaleństwo zaczęło się na początku rejsu, kiedy stanęliśmy na noc w Ueckermunde. W marinie było osiedle domów wakacyjnych. To zaciszne miejsce upatrzyły sobie jerzyki i zbudowały kolonię pod okapami ludzkich siedzib. Obserwowaliśmy wieczorem jak te małe ptaszki uganiają się za chmarami komarów i zastanawialiśmy się, ile owadów musi zjeść jerzyk, żeby miał energię na machanie skrzydełkami. Ktoś stwierdził, że komary muszą być bardzo kaloryczne.
Dwie załogi założyły farmę komarów w słoiku w kambuzie Vinderela, z założeniem, że zrobią z nich proteinowe hamburgery. Z tucznikami nie było problemu, bowiem wystarczy wyjść wieczorem na zewnątrz bez repelentu, by komary obsiadły przynętę niczym bzyczący kożuch, który można zgarnąć do słoika.
Najwidoczniej dzisiaj przyszedł ten dzień, kiedy tuczniki dojrzały, bo zastałam swoją załogę, w towarzystwie załogi z Questa, smażących na patelni burgera z komarów z dodatkiem ziaren słonecznika. Debatowali właśnie, czy mają dość ostry nóż, by przekroić kotleta o średnicy około 1 centymetra na cztery części, bo najwyraźniej tylu było amatorów tego egzotycznego dania. Oznajmiłam, że nie chcę więcej słyszeć słów krytyki na temat gołąbków czy paprykarzu, bo najwyraźniej są gotowi na znacznie bardziej ekstremalne eksperymenty kulinarne.
Zanim jednak doszło do kuchennych rewolucji, przemierzyliśmy Zalew Szczeciński z zachodu na wschód. Wyszliśmy z Nowego Warpna wcześnie rano, bo o dziesiątej miał przypłynąć prom, kursujący do niemieckiego Altwarp, a my cumowaliśmy na jego miejscu. Nowe Warpno jest pięknie zagospodarowanym miasteczkiem, z odrestaurowanymi kamieniczkami i ratuszem. Jednak sklepy, galerie artystyczne i kawiarnie były nieczynne, a ulice wyglądały na wymarłe, kiedy przypłynęliśmy wczoraj. Dziś od rana widać było ruch nawet w samej marinie, gdzie przygotowywano budki z goframi. Widocznie miasteczko ożywa jedynie w dni, kiedy przypływa prom z Altwarp.
Poranek był szary i wilgotny, ale wiatr wiał z właściwego kierunku. Po pokonaniu wąskiego toru podejściowego, rozwinęliśmy żagle i skierowaliśmy się na wschód, na szerokie wody zalewu. Tu chmury były znacznie rzadsze i słońce zaczęło palić nam karki. A że zwykle wiatr spada spod chmur, przy czystym niebie ucichł zupełnie. Tafla wody wygładziła się i nabrała stalowo szarej barwy, niczym lustro powleczone tlenkiem srebra. Zwinęliśmy żagle i dalej popłynęliśmy na silniku.
Pierwszy przystanek był w Trzebieży, dla uzupełnienia zapasu krówek i paliwa. Potem wyruszyliśmy w dalszą drogę, do Stepnicy. Powietrze stało nieruchome pod rozgrzanym niebem, a krajobraz zlał się w monochromatyczną plamę szarości i błękitu. Wilgoć w powietrzu lepiła się do skóry, a upał sprawiał, że gotowaliśmy się na parze. Wszyscy marzyli o kąpieli na plaży. Jednak w Stepnicy czekało nas rozczarowanie, bo miejska plaża była zamknięta ze względu na zakwit toksycznych alg. Rzeczywiście, powierzchnia wody w basenie portowym miała jadowicie zieloną barwę.
Jedyne miejsce, gdzie dało się oddychać, był pobliski skwer z ławkami rozstawionymi pod koronami rozłożystych drzew. Zjedliśmy tam obiad i wysłuchaliśmy wykładu z ratownictwa, oraz zapoznaliśmy się z pracami bosmańskimi. Upał i duszne, nieruchome powietrze były nieomylnym znakiem nadciągającej burzy. W ostatniej chwili zdołaliśmy schronić się wewnątrz jachtów, kiedy uderzyła nawałnica, jeszcze gwałtowniejszą niż w Peenemunde. Vinderel zacumowany do kei przechylił się pod naporem wiatru aż wysypała się zawartość szafek w kambuzie. Za to siekący deszcz wyszorował nam pokład na wysoki połysk. Zerwał też cumę i musieliśmy zakładać nową w czasie ulewy.
Miasteczko zostało zalane, część naszych załogantów pomagała wygarniać wodę z lokalnego supermarketu. W marinie wysiadł prąd, ale szybko udało się przywrócić zasilanie.
Poznaliśmy już rzekę Pianę, Świnę i Dziwnę, jutro już czas wracać na Odrę, tam, gdzie zaczął się rejs. Ale to jeszcze nie koniec przygód.