Obudził nas ulewny deszcz, bębniący o pokład. Szary kożuch chmur pokrywał niebo a przez zachodnie wejście do Trzebieży dął porywisty wiatr i zaganiał do portu spienione fale. Łódki tańczyły na uwięzi, przycumowane do pomostów, powodując pierwsze oznaki choroby morskiej. Komandor zadecydował, że dzisiaj nie wypływamy na wodę.
Po śniadaniu założyliśmy mundury, odmeldowaliśmy się i wyruszyliśmy na spotkanie z załogą łodzi ratunkowej w Trzebieskiej stacji SAR (Search and Rescue). Bartek, kapitan łodzi Monsun, opowiedział nam o pracy służb ratowniczych. Pytaliśmy o najbardziej dramatyczną akcję, przeprowadzoną przez zespół.
Na wodach zalewu obserwowaliśmy grupy tyczek, wystające ponad powierzchnię. Pomiędzy nimi rozpięte są rybackie sieci. Załoga Monsuna znalazła kiedyś człowieka, uczepionego szczytu takiej tyczki. Późną jesienią, o godzinie 2300 dostali wezwanie pomocy od żeglarza, którego jacht uległ awarii, gdzieś na wysokości Nowego Warpna. Żeglarz nie potrafił dokładnie określić swojej pozycji, więc wysłał zdjęcie świateł nawigacyjnych wokół niego. Na tej podstawie ratownicy ustalili, że do zdarzenia nie doszło w okolicy Nowego Warpna, ale w innej lokalizacji i tam właśnie popłynęli. Zaobserwowali słabe światełko w miejscu, gdzie żadnego nie powinno być. Była to latarka czołówka na głowie człowieka, uczepionego szczytu rybackiej tyczki, bo jego jacht zdążył już pójść na dno. Uratował z niego jedynie turystyczną lodówkę, która pomagała mu utrzymać się na powierzchni wody.
Wnioski, jakie kapitan Bartek przekazał harcerzom z tej przygody, to przede wszystkim zachować zdrowy rozsądek w planowaniu wodnych aktywności, nauczyć się określać swoją dokładną pozycję oraz pamiętać o sygnalizacji, czyli światełkach i odblaskach, które pomagają ratownikom zlokalizować rozbitka. Zachęcał również do troski o innych i niepozostawania obojętnym wobec obcych w potrzebie.
Kiedy opuszczaliśmy stację ratowniczą, powłoka chmur zaczęła pękać, ale wiatr nie przestawał dąć. Postanowiliśmy zajrzeć do fabryki cukierków Dobosz. Mieliśmy nadzieję na wycieczkę po hali produkcyjnej, ale kontrole sanepidu pokrzyżowały nam plany. Zaproszono nas jedynie do przyzakładowego sklepu, gdzie odkryliśmy zupełnie nowe smaki krówek, śliwek w czekoladzie, galaretek, trufli i ptasiego mleczka. Wyszliśmy z naręczami kartoników wypełnionych słodyczami. Kadra powątpiewała, że w żołądkach zostanie choć trochę miejsca na obiad, jednak młodzież wykazała się godnym podziwu rozsądkiem i apetyt podczas obiadu dopisywał.
Trzebież nie jest dużą miejscowością, ale znalazło się tu kilka ciekawych miejsc. W czasie gry terenowej, harcerze mieli za zadanie sprawdzić pod jakim wezwaniem jest lokalny kościół farny z drewnianą dzwonnicą, odnaleźć żeglarski mural na budynku szkoły, przynieść muszelkę z plaży i zrobić zdjęcie z wieży widokowej. Jeden z patroli zapytał lokalnych mieszkańców o biuro imigracyjne, chociaż w zadaniu chodziło o biuro kontroli paszportowej na przejściu granicznym w Trzebieży. Pytanie wzbudziło lekki niepokój, ze względu na nieco obco brzmiący akcent młodzieży oraz fakt, że przyznali się do mieszkania na łódce.
Po grze terenowej kapitan Kuba wyjaśnił zawiłości locji śródlądowej i wreszcie można było zjeść kolację. O dziesiątej wszyscy byli już w kojach, a jachty spowiła cisza. Jutro rano opuszczamy Roztokę Odrzańską i wypływamy na szerokie wody Zalewu Szczecińskiego. Mamy zamiar przekroczyć granicę i dotrzeć do ujścia rzeki Uecker. Jeśli wiatry pozwolą, odwiedzimy jutro Zoo w Ueckermunde.