Wreszcie na wodzie! Silnik pracuje równo, szumią wody Odry, cięte dziobem. Za nami zostaje biała bryła Zamku Książąt Pomorskich i dostojne sylwetki gmachów Muzeum Morskiego i Akademii Morskiej. Przed nami industrialny krajobraz portu, rozciągający się po obu stronach rzeki. Mijamy elewator zbożowy Ewa, dalej nabrzeża stoczni remontowej z suchym dokiem. Płyniemy za rufą Questa, dowodzonego przez Kubę. Gdzieś za nami za zakolem rzeki pozostał Sikesti z załogą druha Marcina. Czujemy wiatr na twarzach i zew przygody, byle do przodu, odkrywać kolejne tajemnice rzeki.
Od rana trwały ostatnie przygotowania przed rejsem. Przede wszystkim uroczyste podniesienie harcerskiej bandery na Sikesti, jachcie komandora Marcina. Później przeszkolenie z obsługi cum i odbijaczy oraz podstaw bezpiecznego poruszania się po jachcie. Wreszcie przećwiczyliśmy w praktyce manewr odejścia od kei i ruszyliśmy z prądem rzeki.
Zatrzeszczał radiotelefon. Sikesti wywołał naszą łódkę i poprosił o asystę, z powodu awarii silnika. Znaleźliśmy ich pod elewatorem, niespełna milę od mariny w Szczecinie. Nie działał system chłodzenia i silnik na Sikesti zaczął się przegrzewać. Wzięliśmy ich na hol i wróciliśmy do firmy czarterowej. Na szczęście awaria nie była groźna, zawinił plastikowy worek, pływający po rzece, który został wessany do obiegu chłodzenia. Praktyczny przykład konsekwencji braku dbałości o środowisko. Nie tylko wodne zwierzę może zadławić się śmieciami.
Dalej już poszło jak z płatka. Zostawiliśmy za rufą betonowe nabrzeża portu i wpłynęliśmy w zielone korytarze, podzielone łachami trzcin oraz większych i mniejszych wysepek. Po bezpiecznych wodach pomiędzy mieliznami i rybackimi sieciami wiodły nas czerwone i zielone boje. Co bardziej odważni zdecydowali się przejąć ster, inni uczyli się prowadzenia nawigacji za mapie i wypełniania dziennika pokładowego. Notowaliśmy zmiany pogody, pozycje jachtu, zmieniające się z biegiem czasu i zliczaliśmy przebyte mile morskie. Barometr nie spadał, ale pogoda i tak się popsuła. O szesnastej lunął deszcz, zmuszając załogę do wyłuskania wodoodpornego ubrania z dna bagaży.
Wachta kambuzowa od rana dbała o pełne żołądki i ciepłą herbatę, co jest ważne podczas żeglugi, kiedy wiatr i emocje spalają kalorie w tempie ekspresowym. Nawiasem mówiąc, załoga Vinderela okazała się najbardziej żarłoczną. Cokolwiek pojawiało się na stole, znikało bez śladu w mgnieniu oka.
W Trzebieży zacumowaliśmy około osiemnastej. Komandor ogłosił Questa zwycięzcą dzisiejszego etapu regat, natomiast załoga Vinderela dostała nagrodę fair play za pomoc udzieloną Sikesti. Po kolacji odbyły się zajęcia z budowy jachtu i poznawaliśmy tajniki żeglarskiego żargonu. Wszyscy już wiedzą, gdzie jest dziób, rufa, bakista, mesa i kingston, ale nikomu nie udało się znaleźć korby od barometru, want w sprayu, ani niebieskiego kilwateru. Nowym załogantom trudno odróżnić, która egzotyczna nazwa jest prawdziwa, a co jest elementem żartu.
Wreszcie zmęczenie wzięło górę i załogi poznikały w swoich kabinach. Prognoza pogody na jutro nie wygląda zachęcająco, więc możliwe, że przyjdzie nam spędzić dzień w Trzebieży. Jeśli tak, to zwiedzimy bardzo ciekawe miejsca.