Obóz Żeglarski

Dzień 6

Pogoda, jak kobieta, zmienną jest. Nikt nie spodziewał się takiego wybuchu zawziętej złości po dniu przytłaczającego upału. Powietrze było aż gęste od upału, opornie wchodziło do płuc. Nagrzany asfalt buchał gorącem, a cień lasu dawał tylko odrobinę ulgi od palącego słońca.

Przepłynęliśmy pod mostem w Wolgaście o 7:45 i pożeglowaliśmy w dół rzeki Piany do Peenemunde. Silnik na Quescie odmówił posłuszeństwa i Sikesti wziął go na hol. Pokonywaliśmy kolejne zakręty, wypatrując boi na wodzie i nabieżników na lądzie. Upał szybko nabierał na sile i zazdrośnie spoglądaliśmy na ludzi kąpiących się z brzegu.

Przy miejskiej kei w Peenemunde nie było miejsca na naszą małą flotyllę, więc popłynęliśmy kawałek dalej na północ do Nordhaffen. Nie poznaliśmy tego miejsca. Dziesięć lat temu był tu tylko prostokątny basen portowy. Teraz zastaliśmy wygodne pomosty, funkcjonalne łazienki i świetnie wyposażoną pralnię. Młodzież była zachwycona możliwością zrobienia prania, ale najpierw trzeba było zrealizować program. Z Nordhaffen do Peenemunde jest trochę ponad dwa kilometry asfaltową szosą przez las. Kiedy wyszliśmy z cienia do miasteczka, upał uderzył w nas ze zdwojoną siłą. Z wielką przyjemnością zanurzyliśmy się w klimatyzowanych wnętrzach muzeum fizyki Phanomenta.

Mieliśmy okazję poznać zasadzę działania dźwigni podnosząc trabanta jedną ręką, pobawić się iluzjami optycznymi i obserwować, jak rozchodzi się dźwięk. Zupełnie ciemny labirynt pozwolił nam poczuć świat innymi zmysłami niż wzrok, a piski i wrzaski rozemocjonowanych harcerek słyszało całe Peenemunde. Bawiliśmy się elektrycznością i światłem, a na koniec trafiliśmy do pomieszczenia pełnego sprzętu do puszczania baniek mydlanych i ściankę wspinaczkową.

Tuż obok muzeum, przy miejskiej kei, stoi zacumowana poradziecka łódź podwodna o kryptonimie Juliette. Pomimo przytłaczającej ciasnoty wewnątrz okrętu, przejście przez jego chłodne trzewia dało znowu trochę wytchnienia od żaru lejącego się z nieba. Wewnątrz panowała dziwna atmosfera, jakby wnętrze nasiąkało historią przez lata użytkowania i teraz szeptało rosyjską mową z kabin i kambuza, popiskiwaniem echosondy na stanowisku radiooperatora, oraz rezonowało w uszach rykiem diesla w przedziale maszynowym. Jednak najwięcej czasu spędziliśmy w kiosku z pamiątkami, gdzie pan sprzedawca próbował mówić do nas po Polsku i chętnie oferował rabaty przy hurtowych zakupach.

Kolejnych emocji dostarczyła dostrzeżona szklana butelka z obiecującym zwitkiem papieru w środku. Padały różne propozycje wyłowienia artefaktu, ale nabrzeże było bardzo wysokie, a woda gęsta od zielonych alg. Pomimo upału nie było chętnych do kąpieli. Pan bileter z kiosku obsługującego łódź podwodną przyglądał nam się z pobłażliwym uśmiechem, widać niejedną taką butelkę już widział. Tradycja wyrzucania butelek z korespondencją u ujścia Piany sięga co najmniej trzydziestu lat, kiedy sami powierzaliśmy falom Bałtyku listy od 20 WDH Wymoczki, kiedy działaliśmy w Harcerskim Ośrodku Morskim w Szczecinie. Jakieś siedemnaście lat temu dostaliśmy nawet odpowiedź, z której wynikało, że nasza butelka przebyła cały Bałtyk i wylądowała na plaży w Skandynawii.

Pan bileter zlitował się nad żądną wiedzy młodzieżą, pożyczył nam podbierak do ryb i udało nam się wyciągnąć butelkę. Próbowaliśmy wydostać oporny list z butelki, ale bez skutku. Ruszyliśmy w drogę powrotną do mariny, tym razem przez leśny dukt wzdłuż wybrzeża. Prace nad butelką trwały nadal, aż wreszcie udało się zbadać dogłębnie znalezisko. Niestety charakter pisma nie pozwala odczytać poprawnie numeru telefonu w liście, więc chyba się nie dowiemy, kto był nadawcą. Podejrzewamy, że była to dziewczyna, bo list jest nakreślony kredką do makijażu.

Historia z listem zakończyła się sukcesem tylko połowicznie, podobnie jak nasza wędrówka na skróty przez leśny dukt. Siedemset metrów od celu ścieżkę przegrodziła solidna brama z napisem „Halt!”, teren prywatny. Próbowaliśmy obejść przeszkodę, ale dostępu bronił rów melioracyjny. Mieliśmy do wyboru skradać się przez cudzy, niezbadany teren albo wrócić na szosę. Jak mówi mądre, polskie porzekadło, kto drogi skraca do domu nie wraca.

My wróciliśmy, choć z godzinnym opóźnieniem. Wymęczeni upałem pobiegliśmy skorzystać z cudownych łazienek w marinie, a młodzież zaspokoiła wreszcie potrzebę zrobienia prania. Gdyby któreś z dzieci przekonywało mamę, że nie umie obsługiwać pralki, to możemy zapewnić, że łże w żywe oczy. Do wieczora wszystkie relingi na trzech łódkach obwieszone było praniem, a załogi zebrały się na pokładzie Vinderela, żeby zredagować treść listu do butelki, który zamierzamy wrzucić jutro do wody, kiedy wyruszymy z mariny w drogę powrotną do Polski.

Kapitanowie obserwowali wieczorne niebo na zachodzie i debatowali czy z tych czarnych chmur spadnie deszcz. Pogoda, zmęczona upałem wpadła we wściekłość. Łysnęła błyskawicą i dmuchnęła sztormowym wiatrem. Nawałnica rozpętała się tak gwałtownie, że część prania odfrunęła jak spłoszone stadko motyli i na zawsze pogrążyła się w ciemnych odmętach basenu portowego. Szaleństwo trwało trochę ponad godzinę, ale uszanowało naszą ciszę nocną i teraz słuchać tylko spokojne mlaskanie wody o kadłuby i cichy szum drzew, otaczających marinę. Jutro czeka nas bardzo długi i wyczerpujący dzień, jeśli chcemy dotrzeć do Wolina na festiwal wikingów.