Obóz Żeglarski

Dzień 7

To był bardzo długi piątek. Dla kapitanów i oficerów zaczął się już o czwartej rano, kiedy wypłynęliśmy z Nordhafen i popłynęliśmy co sił w dieslu do Wolgastu, by zdążyć na otwarcie mostu o 5:45. Nie zapomnieliśmy wysłać napisanego wczoraj listu w butelce bałtycką pocztą i wrzuciliśmy go do wody u ujścia rzeki.

Przeliczyliśmy się w kalkulacjach i spóźniliśmy się dziesięć minut na otwarcie mostu. Zacumowaliśmy do dalby na środku nurtu, bo z tej strony mostu nie było żadnej kei z dość głęboką dla nas wodą. Połączyliśmy trzy łodzie w tratwę i poczekaliśmy aż reszta załóg się wyśpi. Szarość świtu zabarwiła chmury na różowo po prawej stronie rzeki. Powoli gasły światła na bojach i nabieżnikach. My również wyłączyliśmy światła nawigacyjne na masztach i burtach.

Pierwsza wstała wachta kambuzowa i przygotowała śniadanie.  Jedliśmy w pierwszych promieniach słońca, które wyszło wreszcie zza zasłony chmur. Most otworzył się o 7:45 i mogliśmy ruszyć dalej w górę rzeki. Przebyliśmy dwa wąskie zakola i postawiliśmy żagle na rozlewisku. Quest wysforował się przed flotyllę, więc dostawiliśmy pełnego grota na Vinderelu i próbowaliśmy go dogonić, ale bezskutecznie. Około dziesiątej dostaliśmy komunikat komandora, że zatrzymujemy się drugie śniadanie w Rankwitz, bo został nam zapas czasu do otwarcia mostu w Zeherinie.

Do Rankwitz pierwszy dotarł Quest, wygrywając piątkowe regaty. Skorzystaliśmy z toalety w marinie, kupiliśmy pyszne bułeczki z rybą, specjalność niemieckiej kuchni nadmorskiej i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Na Quescie szwankuje wskaźnik paliwa i trudno zgadnąć, ile go jeszcze zostało. W Peenemunde i Rankwitz nie udało się zatankować zbiornika, więc na wszelki wypadek Vinderel wziął go na hol, bo dalszą drogę musieliśmy przebyć na silnikach. Za mostem w Zeherinie Piana meandruje między mieliznami i nawigowanie na żaglach bywa wyzwaniem, zwłaszcza, że wiatr zaczął wiać ze wschodu.

Na zalewie nadal szliśmy na silnikach, Vinderel w zestawie holującym z Qestem na ogonie. Na otwartej przestrzeni zrobiło się chłodniej i musieliśmy zmienić stroje do opalania na ciepłe bluzy i długie spodnie. Słońce stało wysoko na niebie, ale powietrze nad zalewem zasnuł delikatny woal letniej mgiełki. Woda nabrała ołowianej barwy, z posrebrzonymi grzbietami drobnej fali. Skończyły się płycizny i meandry rzeki, za to drogę zatarasowały nam sieci. Tylko bystre oko potrafi wypatrzeć powiewające czerwone chorągiewki, oznaczające końce sieci i przejścia między nimi. Część załogi dzielnie asystowała na pokładzie, a reszta zeszła pod pokład by powtórzyć sobie wiadomości z wykładów na temat budowy jachtów i przepisów.

Po szesnastej przekroczyliśmy rząd żółtych boi, oznaczających granicę polsko – niemiecką i znaleźliśmy się z powrotem na polskich wodach terytorialnych. Do Wolina zostało piętnaście mil, czyli około trzech godzin płynięcia. Musieliśmy tam dotrzeć dzisiaj, bo w sobotę będzie tłoczno ze względu na Festiwal Wikingów. Zanim tam dotarliśmy, musieliśmy wytężyć uwagę przy przecinaniu toru wodnego Szczecin – Świnoujście. Chodzą tędy duże, morskie statki i lepiej im w drogę nie wchodzić. Jeden właśnie wyłonił się z Kanału Piastowskiego i podążył w kierunku Szczecina. Musieliśmy zmienić kurs, żeby nie spotkać się z nim na torze. Dalej poszło już jak z płatka i bez problemu trafiliśmy na tor podejściowy na rzekę Dziwną. Dziwna zawdzięcza nazwę niestałemu charakterowi, bowiem zmienia kierunek nurtu wedle własnego uznania. W zależności od kierunku wiatru i ruchów wód w Bałtyku, płynie albo w kierunku morza, albo wraca do zalewu. Dzisiaj płynęła do morza, więc niosła nas do Wolina.

Tuż przed Wolinem minęliśmy wikiński drakkar z pasiastym żaglem. Vinderel nadal ciągnął na holu Questa, więc okrzyknęłam załogę drakkara, czy nie potrzebują niewolników, bo mam zdobyczną łódkę. Odkrzyknęli, że bardzo chętnie, ale załoga Questa odmówiła współpracy. O 19:30 zacumowaliśmy w komplecie do betonowego nabrzeża Urzędu Morskiego w Wolinie i wreszcie można było odpocząć po szesnastogodzinnej podróży. Jutro atakujemy Jomsborg.