Bardzo lubimy przygody, ale w nadmiarze bywają męczące. Czasem potrzebna jest chwila wytchnienia, choć my nie potrafimy się nudzić. Obok wejścia do mariny Basen Północny w Świnoujściu jest stacja brzegowa Ratownictwa Morskiego. Odwiedziliśmy jej mniejszą wersję w Trzebieży, ale postanowiliśmy zajrzeć i tutaj.
Zwiedziliśmy biuro koordynatora operacji i poznaliśmy tajniki planowania akcji ratunkowych oraz metody łączności. Mogliśmy przećwiczyć zakładanie pełnego kombinezonu, chroniącego przed hipotermią i nawet udało się zmieścić w standardowych dwóch minutach, przeznaczonych na tę czynność. Była też lekcja poglądowa odpalania flar sygnalizacyjnych i pławki dymnej.
Po ćwiczeniach praktycznych, zaokrętowaliśmy się na Pasacie, statku ratowniczym typu SAR – 3000. Zapoznaliśmy się z maszynownią, wyposażoną w trzy potężne silniki, główny i manewrowe oraz cały osprzęt niezbędny do kilkudniowych poszukiwań na morzu w trudnych warunkach. Z „piwnicy” przenieśliśmy się na „strych”, królestwa kapitana jednostki. Przestronna sterówka, z panoramicznym widokiem była wyposażona w liczne monitory, przyciski i manetki. Nawigowanie taką jednostką jest znacznie bardziej złożone niż w przypadku naszych łódek, choć zasada pozostaje zbliżona. Na konie obejrzeliśmy ambulatorium, gdzie trafiają poszkodowani w gorszym stanie.
Po wizycie w stacji zjedliśmy drugie śniadanie i resztę dnia spędziliśmy na piaszczystej, bałtyckiej plaży. Jedni moczyli się w morskiej wodzie, inni woleli relaksować się na piasku z książką. Byli też zwolennicy łuskania nasion słonecznika do wykopanego dołka albo gier karcianych. Pogoda sprzyjała słodkiemu leniuchowaniu, słonko grzało, a wiatr od Bałtyku przyjemnie chłodził skórę.
Wieczorem wachty kuchenne stanęły przed wyzwaniem. Kwatermistrz zarządził spaghetti i dostarczył świeże produkty. Każda załoga zrobiła swoją wersję tego włoskiego dania. Jutro wracamy na zalew i czuję, że wydarzy się coś niezwykłego.