Jomsborg witał wstający dzień dudnieniem bębnów i chóralnym zaśpiewem obrzędowym. Nad słomianymi dachami i bielejącymi w porannej mgle namiotami wzniosły się pierwsze smugi dymu z obozowych ognisk. Dowód niebywałej wytrwałości, biorąc pod uwagę, że impreza na wyspie trwała do późnej nocy. Oddaliśmy cumy i ruszyliśmy w drogę do Świnoujścia. Wiatr znowu odwrócił się na wschód i wiał nam w dziób, w dodatku niemrawo. Nie byłoby czym wypełnić żagli, nawet gdybyśmy zdecydowali się halsować.
Wypłynęliśmy na szerokie wody zalewu, gładkiego jak wypolerowana stal. Gdzieniegdzie powierzchnię marszczyła drobna fala, a w oddali bielały pojedyncze sylwetki innych łódek, płynących w przeciwną stronę. Posuwały się w ślimaczym tempie, łopocząc obwiśniętymi sennie żaglami.
Na wschód od wejścia do Kanału Piastowskiego znaleźliśmy sporą wyspę, z kamienistymi brzegami i pomostem technicznym. W tym miejscu na mapie nautycznej widniało jedynie wypłycenie. Znaleźliśmy jedną z dwóch nowych wysp na zalewie, usypanych sztucznie z urobku wydobytego z dna toru wodnego Szczecin – Świnoujście w procesie pogłębiania go dla większych jednostek zmierzających do Szczecina. Zwykle urobek rozplantowywano na nadbrzeżnych bagnach, ale tym razem pogłębiano tor o kilka metrów, więc trzeba było znaleźć inne miejsce. Wyspę planuje się zalesić i stworzyć rezerwat ptaków. Widać ptaki przeczytały o tym na Twitterze, bo już w trakcie prac inżynieryjnych sieweczki rzeczne zaczęły zasiedlać nowy dom. Największą zachętę stanowi brak drapieżników. Powstał pomysł utworzenia ptasiego raju, więc pojawiły się tam sztuczne siedliska dla oharów, entuzjastycznie przyjęte przez ten gatunek kaczek. Deweloper zdołał zainteresować nową inwestycją nawet tak wyrafinowaną klientelę, jak Orzeł Bielik. Początkowo wyspa otrzymała nazwę Brysna, ale ostatecznie Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej zdecydowało się uhonorować Jana Zabawę – Wróblewskiego, nadając wyspie jego imię. Był podporucznikiem, uczestnikiem Powstania Warszawskiego w szeregach batalionu „Parasol” Armii Krajowej.
Zaraz za wyspą otwiera się gardziel Kanału Piastowskiego, który reguluje żeglugę na rzece Świnie. Lokalne legendy głoszą, jakoby sam Mieszko I wbił tu łopatę, rozpoczynając prace hydrotechniczne. W rzeczywistości kanał między Świną a zalewem wybudowali Niemcy w 1880 i nazwali go Kaiserfahrt (Kanał Cesarski). Kiedy Pomorze Zachodnie stało się częścią ziem polskich, przemianowano go na Piastowski, przypisując zasługi pierwszemu polskiemu monarsze.
Na pierwszej bramie torowej, stojącej w wejściu do kanału, wisiała informacja, że z kapitanatem portu Świnoujście, który zawiaduje tym szlakiem, można skontaktować się na kanale 12 VHF. Wywołaliśmy więc kapitanat, by poinformować, że na torze pałęta się mała flotylla łódek z harcerzami na pokładzie. Oficer, który odezwał się do nas przez radio był zachwycony możliwością pogawędzenia z tak interesującą grupą młodzieży. Poinformował nas, że z przeciwnej strony nadpływa ciekawa jednostka, statek – platforma do przewożenia części składowych morskich wiatraków prądotwórczych. Rzeczywiście, po niedługim czasie zobaczyliśmy olbrzymi, niebieski statek, z wyglądu podobny do niczego.
Zaraz za platformą, minęła nas pogłębiarka, podobna do tych, które pracowały przy wybieraniu materiału na nową wyspę. Przed Karsiborzem zwolniliśmy, rozglądając się czujnie za promami, które kiedyś przeprawiały ludzi i samochody na wyspę Wolin, jednak stały wszystkie cztery, zacumowane na stałe do prawego brzegu. Nie są już potrzebne, odkąd wybudowano tunel pod Świną.
Podobnie mało ruchliwe okazały się Bieliki, które niegdyś regularnie kursowały pomiędzy częściami Świnoujścia, rozdzielonego wodami Świny. Widzieliśmy za to gigantyczny prom pasażerski, kursujący między Świnoujściem a Trondheim, napędzany silnikami elektrycznymi i gazem. Taka morska wersja hybrydy.
Tuż przed ujściem Świny do morza, skręciliśmy w lewo do mariny w Basenie Północnym. Tutaj już czuć było wiatr od morza, porywisty i chłodny. Udało nam się znaleźć wygodne miejsca przy kei, z dostępem do prądu i wody. Wreszcie udało nam się napełnić zbiorniki i umyć naczynia po śniadaniu. Przyrządziliśmy szybki obiad, ubraliśmy mundury i udaliśmy się na mszę do kościoła Maris Stella.
Po powrocie, załogi urządziły konkurs wiązania węzłów i buchtowania lin, żeby sprawdzić kto jest najsprawniejszy na manewrach portowych. Prym wiódł Hubert, który obmyślił bardzo sprytną taktykę, choć może nie do końca zgodną z tradycyjną sztuką.