Obóz Żeglarski

Dzień 8

Miasto Wolin, zwłaszcza park nad rzeką Dziwną, tętni współczesną muzyką i wabi aromatami ekspresowej kuchni z obwoźnych jadłodajni. Każdy skrawek trawnika zajmują stragany z biżuterią, wyrobami wikliniarskimi, skórzanymi i antykami. Można tu dostać wszystko, czego zapragną współcześni turyści i pradawni słowianie oraz wikingowie, którzy pojawiają się w rozbawionym tłumie. Ale wystarczy przedostać się mostem na małą wysepkę na Dziwnej, żeby całkowicie zanurzyć się w słowiańskim świecie z dziesiątego wieku. Tu też są niezliczone namioty i stragany, ale sprzedaje się tutaj wyroby rzemieślnicze, wykonane tradycyjnymi metodami. Tu nie uświadczy się plastiku i maszynowej obróbki. Płatność tylko gotówką, bo Słowianie nie używają elektroniki i wirtualnego pieniądza.

Tu można podpatrzeć życie sprzed półtorej wieku. Popatrzeć na pracę rymarzy, snycerzy, płatnerzy, szwaczek, tkaczek i mincerza. Można dać się naciągnąć mistrzowi gier i wyleczyć ciało i ducha u szeptuchy, a na koniec zjeść podpłomyka i napić się kawy z przyprawami, parzonej po turecku na rozgrzanej nad ogniem tacy wypełnionej piaskiem. Znaleźliśmy nawet gabinet Łamignatki, gdzie według reklamy spisanej runami, leczenie ciała boli tylko trochę albo wcale. Część młodzieży wykazywała duże zainteresowanie namiotem mistrza od malunków na skórze, ale w porę zorientowali się, że rysunek jest trwały, wykonany tradycyjną igłą na patyczku i naturalnym barwnikiem wpuszczanym w nakłucia skóry.

Na wyspę zjechali się nawet zamorscy kupcy z belami egzotycznego jedwabiu, w bajecznie kolorowych strojach, tak różnych od słowiańskich lnów i wełny. Nieutwardzone uliczki upstrzone były kałużami po porannej ulewie, po których ganiały się małe słowianiątka w lnianych tunikach i utytłane w błocie po łokcie puszczały łódki z kory po kałużowych jeziorkach. Można spędzić dwa dni na eksplorowaniu niewielkiej wioski i zawsze znajdzie się coś ciekawego, jednak trzeba było wracać na jachty. Musieliśmy być gotowi w mundurach na godzinę siedemnastą, żeby oddać hołd powstańcom.

W godzinę W zawyły syreny w budynku Straży Pożarnej, a cały obóz stał na baczność w mundurach. Ten widok tak wzruszył bosmana w porcie, że nie wziął od nas pieniędzy za kolejną noc postoju przy nabrzeżu w Wolinie.

W chwilę po tym ważnym wydarzeniu, obok naszych łódek zacumował drakkar, by upomnieć się o obiecanych niewolników. Okazali się jednak sympatycznymi Wikingami i spotkanie skończyło się wspólnym zdjęciem. Czas zostawić historię za nami i iść naprzód. Jutro wybieramy się do Świnoujścia.